Epizod

Już kilkukrotnie chciałem dodać wpis, ale za każdym razem po przeczytaniu okazywało się, że jest słabo. Słabo z moją głową. Autodiagnoza, bo przecież wiadomo, że jest to najlepszy i zawsze najtrafniejszy rodzaj identyfikowania problemów, z którymi człowiek się zmaga, jednoznacznie określiła mój stan jako epizod depresyjny. Ot, niby nic a przecież nie daje się funkcjonować. Może potrzebuję wakacji, może rzucić pracę, a może naprawdę w tym przypadku więcej przebywania na świeżym powietrzu przyniesie rezultaty. Nie wiem, będę odhaczał kolejne elementy z listy i dam znać, jeśli coś pomoże.

Reklamy

Paolo Koeholo

Według ostatnich badań SMUTEK-u* najczęściej niespłacanym rodzajem wierzytelności jest kredyt zaufania. Zdaniem większości komentatorów nie ma to żadnego znaczenia, zdaniem mniejszości również żadnego nie ma. Wszyscy zgodnie i kategorycznie uważają, że wyrażanie opinii, które w sposób jednoznaczny i definitywny wartościują zachodzące w otaczającym świecie procesy jest niepotrzebne, zbędne i jeszcze raz niepotrzebne. Ja natomiast nie wiem, nie mam zdania, nie poczuwam się do obowiązku tłumaczenia niczego komukolwiek. No chyba, że Czytelnikowi. Czytaczek. Powód. Oskarżony. O niepotrzebne nadodczuwanie. Jednocześnie o możliwość niebycia zaangażowanym. O niemusienie inwestowania w ten tekst, kiedy ze mnie zostaje ledwie wylinka. Nie subskrybuj tego. Nie podążaj. Nic dobrego z tego nie będzie.

*Samodzielny Międzyministerialny Ustanowiony Tymczasowo Ekskluzywny Komitet

Wisznu i

Wstajesz i spostrzegasz siwe włosy. W kubku kawy odbija się kilka zmarszczek. Przy szóstym kilometrze zaczyna doskwierać kolano, na drugim piętrze łokieć. Czas. Degeneruje nas każdego dnia i zmienia nie do poznania, ale na tyle subtelnie, żeby nie móc zaprotestować. I tak przegapisz moment, w którym można jeszcze coś zrobić. I tak umrzesz.

Ale to nic. To dobrze.

Obczyzna

Lewicująca pomorańczowowłosa niewiasta z irokezem opowiada o tym, jak to ciężko na tych studiach, jak nie można pomóc ludziom w afryce, jak to fejsbuk jest okropny, bo w trakcie robienia czegoś się zacina. „Fakin terrible”. Przez 5 sekund można nawet mieć wrażenie, że to jest prawdziwe. Wszystkie te „endszuldigung”. Hiszpan przyszpilony do fotela w kącie przez afjona, dwaj niemcy przed ekranem oglądający najświeższy odcinek. Prawie prawdziwe.

Krewkie krwiste krewetki

Nie potrzebuję już w życiu Nietzschego. Nie ma czasu na supremacyjne odchylenia. Nie ma czasu na odchylenia. Nie ma czasu. Nie. .

Dzień zwykły jak kolejne rundy kotylionowej zabawy, gdzie codziennie rano wirujesz z panią piekarnią, potem odbijamy i odbijamy. Losowanie i odbijanie. O, znów to pan! A pani to już pół semestru nie widziałem, kochaniutka. Kochaniutki każdy dzień.

Przypowieść konwekcyjno-konwencyjna, w której tytuł ma znaczenie

Awansowałem. Dwa tygodnie temu zostałem zaproszony do ‚ pokoju opeer’, w którym to dwójka właścicieli firmy rozmawia zazwyczaj o popełnianych przez pracowników błędach. Czasem dywagują między sobą, niekiedy zaś zapraszają zainteresowanych i w sposób uprzejmy i dobitny informują, że przez twoją [opieszałość/ spóźnialstwo/ idiotyczne decyzje/ za długie przerwy śniadaniowe/ oddawanie moczu akurat kiedy trzeba odebrać telefon od klienta/ krótką pamięć/ płaskostopie] spłonęło sześć hektarów lasu i zeszło przeszło dziewięć lawin błotnych. Jasne tej…
-Całe szczęście, że marek zrestartował serwer, bo chyba nie wzeszłoby dziś słońce. Tego chcesz, powiedz, czy to było twoim celem? I kto trzymał ci włosy, kiedy obrzygiwałeś swoją niekompetencją muszlę firmowych obowiązków, co?
-NIE, jaśNIEpaNIE. Jan.
-O proszę, a więc to stażysta dorzucił do klastra kilka procków ze swojego projektu, kiedy nieudolnie próbowałeś zminimalizować straty, prawie powodując bakterią/zarazem desynchronizację wszystkiego co kiedykolwiek istniało w tym wszechświecie.

Tydzień temu zaczęło się dziać w firmie coś dziwnego. Narysowany przez córkę jednego z kolegów szprot w sosie pomidorowym został wybrany pracownikiem miesiąca. A co na to ala? „Należało mu się”. Tłumaczę jak krowie pogotowie, że ta kreska to jest jakieś nieporozumienie, że nic ze sobą nie niesie i równie dobrze można by go ulepić na ślinę z papieru toaletowego, ale nie. Czepiam się tylko. Tylko się czepiam. Każdego kolejnego dnia tylko się czepiam, żeby ławica tych skurczybyków nie pociągnęła mnie znów na dno jak to drzewiej się przecież zdarzało. Przecież zdarzało. Nadal zdarza.

No ale nic to. Klaskałem razem z resztą, kiedy ten bazgrany-chyba-stopą pajac odbierał dodatkową porcję darmowych porannych i piątkowych jabłek od prezesa bez kciuka i jego żony z mężem bez kciuka.

Kornel drukarz

Należy oddać cesarzowej co cesarskie. Proszę więc, oto cięcie.

Po raz drugi o śmierci. Brr.. Śmierci, śmierci, śmierci. Toż to słowo aż przeszywa. Nie powinno się go tak bezwstydnie i na głos wypisywać, jeszcze tak obok siebie, kilka razy. Przecież każdy ma tylko jedną to dlaczego tyle naraz, po co gromadzić, grupować, to tak jakby organizować środowy wieczór ligi mistrzów i zaprosić kilku papieży. No nieważne. Kris kornel nie żyje.